|
Miliard w środę,
futro w sobotę
Rekordowa
wygrana w Totka doprowadziła w 1958 roku do burzliwej dyskusji
członków Biura Politycznego KC PZPR. Dziś wielomilionowe
wygrane w Lotto, bingo czy zdrapkę stały się codziennością.
W Polsce do hazardu przyznaje się kilka milionów ludzi.
Można wygrać
prawie milion sześćset tysięcy złotych w Dużego Lotka albo
sto tysięcy złotych w grze "przykładanka",
organizowanej przez jeden z poczytnych dzienników. Dziesięć
tysięcy złotych "zarabiają" finaliści teleturnieju
"Familiada". Dwadzieścia - zwycięzcy "Wielkiej
Gry". Na tych, którym się powiedzie w innych
telewizyjnych zabawach, czekają lodówki pełne wody
mineralnej, samochody i futra.
Polacy lubią grać. "Obstawiają" wyścigi konne,
opracowują systemy pozwalające ponoć bezbłędnie wytypować
liczby, które padną w Dużym Lotku.
- Dostajemy listy od ludzi, którzy przepuścili wszystkie pieniądze
i podobno "nic" nie wygrali - przyznaje Andrzej
Adamczyk z Totalizatora Sportowego. - Niestety, w żaden sposób
nie możemy im pomóc.
Fanfary
motorniczego
Teleturnieje to
podstawa bytu telewizji. Przyciągają tłumy. Emitowana od 1962
roku "Wielka Gra" jest najstarszą zabawą tego typu.
W niewiele zmienionej formule przetrwała wszystkie burze.
- Nie przypuszczam, by ludzie grali dla pieniędzy - mówi
Stanisława Ryster, prowadząca program od 1976 roku. - Kiedy
wygraną podnieśliśmy o sto procent, nie zauważyłam
znacznego zwiększenia zainteresowania. Ludzie chcą raczej
zaimponować sobie, chcą się sprawdzić.
Na eliminacje, poprzedzające występ, przychodzi czasem
kilkudziesięciu, a czasem kilkuset chętnych. Nie ma reguły.
Zawsze popularna jest historia starożytna, ale już z poetami
bywa różnie - Tuwim nie budził niegdyś żadnego
zainteresowania, teraz - wprost przeciwnie.
Liderem "Wielkiej Gry" jest Jan Wolniakowski z
Kokoszek koło Poznania, ekonomista, pracujący w fabryce łożysk
tocznych. Fanfary dla niego rozbrzmiewały trzynaście razy - między
innymi za Aleksandra Fredrę, Bolesława Prusa, Aleksandra
Puszkina, Stefana Żeromskiego, Juliusza Słowackiego, ale także
za Byrona, Rosję XIX wieku i... historię telewizji!
Trzydzieści razy startował Jan Majewski z Olsztyna. Poszczęściło
mu się z polskiej pieśni patriotycznej i Adama Asnyka.
- Majewski to człowiek renesansowy - opowiada Stanisława
Ryster. - Wie wszystko na każdy temat, ale czasem wie za mało,
by wygrać.
Znanym uczestnikiem "Wielkiej Gry" jest Zygmunt
Krawczuk, motorniczy z Krakowa. Mieszka w małym pokoju w hotelu
robotniczym. Ma trzy tysiące książek. Zwyciężył, między
innymi, z Wawelu i impresjonistów.
Marek Krukowski, 32-latek z Warszawy, wie wszystko o muzyce poważnej.
- Nawet, gdy przegrywa, to jego wiedza jest ogromna - ocenia
ekspert, Janusz Ekiert.
Co
zrobiliby Kowalscy?
Na całkiem
innej zasadzie oparta jest "Familiada". Tu zwycięża
rodzina, której uda się odgadnąć, jak na dane pytanie
odpowiadało stu losowo wybranych Polaków.
- Nikt szczerze nie powie, co go skłania do gry - twierdzi
prowadzący program Karol Strasburger. - Jednak osoby, które
nastawiają się wyłącznie na pieniądze, przeważnie
przegrywają.
Strasbsurger nie godzi się z opinią, że "Familiada"
sprzyja gustom plebsu.
- Nam się wydaje, że pozornie wszystko wiemy - mówi. -
Tymczasem padają pytania, których nie sposób przewidzieć i
intuicyjnie trzeba wyczuć, co mogliby odpowiedzieć inni
zapytani, na przykład, co jada krowa.
Podobnie, jak oglądający "dwójkę" o godzinie piętnastej
w weekendy, bawią się widzowie niemal całej Europy. Od trzech
lat wystąpiło w polskiej edycji "Familiady" niemal
tysiąc osób. W kolejce do występu czeka się prawie dwa lata.
Na
całość albo na wycieczkę
Zagraniczną
podróż oferują uczestnikom trzy teleturnieje - polsatowski
"Idź na całość", "Wszystko albo nic" -
emitowane w TVN i publiczna "Randka w ciemno". W
przeciwieństwie do tej ostatniej, gdzie rażą wymuszone,
przygotowane odpowiedzi, w "Idź na całość" panuje
reżyserowana, ale jednak spontaniczność.
- Sądzę, że ludzie startują w "Idź na całość",
bo chcą się bawić - twierdzi Peter Schlager, przedstawiciel
producenta - firmy "WW".
Na podobnej zasadzie - spontanicznej zabawy rodzinnej - opiera
się "Wszystko albo nic", przypominające "Czar
Par". Rodziny startują w konkurencjach sportowych,
wiedzowych, a gdy nerwy im puszczą, mogą zabrać zdobyte
nagrody lub ryzykować dalszą grę. Ale jeśli przegrają w
finale, stracą wszystko.
W "Jednym z dziesięciu" o zwycięstwie decyduje szczęście.
Jeśli je mamy i trafimy na pytania, ile w marcu jest dni lub
jak kończy się przysłowie o kopiącym pod kimś dołki,
samochód mamy prawie "w kieszeni". Gorzej, gdy
trafimy na pytania ze starożytnego Rzymu czy biologii
molekularnej...
Wyścigi
konne: wygrać możesz, przegrać musisz
Kiedy
w Polsce zmienił się ustrój, wyścigi konne straciły aurę
niezwykłości. Przestały być bowiem jedyną oazą hazardu.
Przed 1989 rokiem całkowitą wyłączność na legalną sprzedaż
tego rodzaju emocji miały Państwowe Tory Wyścigów Konnych na
Służewcu. Przez długie lata takie słowa, jak kasyno, ruletka
czy bukmacher uznawano za symbole kapitalistycznej zgnilizny. A
wyścigi konne nie. Trudno to sobie wyobrazić, ale nawet w
okresie największego stalinowskiego terroru każdy, kto chciał,
mógł się wybrać na Służewiec, postawić na dowolnego konia
i - w razie wygranej - zanieść bez przeszkód pieniądze do
domu.
Obecnie wyścigi są własnością skarbu państwa. Obroty w
sezonie 1997 wyniosły około dwudziestu dziewięciu milionów złotych.
Siedemdziesiąt procent tej sumy przeznaczono na wypłaty dla
graczy. W grudniu ubiegłego roku ogłoszono przetarg, mający
na celu prywatyzację służewieckiego toru. Oferty chyba nie
zadowoliły Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, skoro w
połowie stycznia ogłoszenie ukazało się ponownie.
Sezon trwa na Służewcu od kwietnia do grudnia. Dni wyścigowe
to środy, soboty i niedziele. Podstawowa stawka wynosi obecnie
złotówkę. Istnieje siedem rodzajów gier: góra (na zwycięzcę),
porządek, trójka, czwórka i piątka (na - kolejno - dwa,
trzy, cztery i pięć pierwszych koni w jednej gonitwie), tripla
i kwinta (na zwycięzców trzech i pięciu kolejnych gonitw).
Teoretycznie za wspomnianą złotówkę można wygrać nawet
kilkadziesiąt tysięcy złotych, bo tyle wynoszą niekiedy wypłaty
kwinty (w 1997 roku najwyższa przekroczyła 50 tysięcy złotych).
W praktyce takie szczęśliwe zbiegi okoliczności zdarzają się
bardzo rzadko.
Czy da się wygrać na Służewcu? Bywalcy mówią: wygrać możesz,
przegrać musisz. Dodają, że na wyścigach nie ma pieniędzy
wygranych, są tylko pożyczone. Chcą przez to powiedzieć, że
każda wygrana wraca prędzej czy później do kasy
totalizatora.
Fachowcy piszący o wyścigach twierdzą, że wygrana jest możliwa,
ale pod pewnymi warunkami. Radzą na przykład, żeby nie grać
we wszystkich gonitwach. Równie dobrze można namawiać
alkoholika, żeby wypijał pół kieliszka dziennie. Wielką
pomocą dla graczy są typy, zamieszczane niemal we wszystkich
gazetach.
Wielu graczy opiera się na tak zwanych cynkach, czyli
informacjach uzyskanych od ludzi związanych z poszczególnymi
stajniami. Cynki sprawdzają się mniej więcej w takim samym
stopniu jak typy gazetowe.
Milion
i nic więcej!
Kiedy w 1958
roku w totka padła wygrana w wysokości 3,8 miliona złotych,
Biuro Polityczne zdecydowało: wygrana nie może być wyższa niż
jeden milion. Dom pod Warszawą kosztował wtedy 250 tysięcy złotych.
Ograniczenie wysokości wygranych sprawiło, że drastycznie
spadła liczba grających. Tę barierę magicznego miliona
zniesiono dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych.
Najpopularniejsza gra, Duży Lotek, czyli sześć z czterdziestu
dziewięciu liczb jest najstarszą grą losową. Nie przyjął
się Mały Lotek - pięć z trzydziestu pięciu - bo wysokość
głównej wygranej nie zachęcała do wypełnienia kuponów. 17
stycznia 1998 roku Totalizator Sportowy zrezygnował z Express
Lotka - pięć z czterdziestu dwóch liczb. Jeden zakład
kosztował w Express Lotku tylko dziesięć groszy, ale i
nagrody nie mobilizowały - za "piątkę" dostawało
się 15 tysięcy złotych.
Rusza jednak nowa gra - "Szczęśliwa liczba".
Zawodnik wybiera jedną z trzydziestu sześciu liczb. Potem
lottomat "na chybił trafił' wybiera dwanaście nie
powtarzających się liczb ze zbioru od jeden do czterdziestu pięciu,
ułożonych w trzech zestawach, po cztery liczby w każdym.
Najwyższą wygraną zgarnia ten, kto trafił wybraną przez
siebie liczbę oraz wszystkie z pierwszego rzędu.
Jak trafić szóstkę Dużym Lotku? To proste. Wystarczy tylko
wypełnić czternaście milionów zakładów. Wtedy wygraną
mamy jak w banku.
I
w zdrapkę i w trzy karty...
Zdrapki,
znajdki, przyklejanki czy inne zabawy, polegające na
kompletowaniu liczb drukowanych w gazetach, były do niedawna
ogromnie popularne. Jednak, gdy tylko konkurs się kończył,
sprzedaż gazety spadała.
Podobną transakcję wiązaną zaproponowała swoim klientom
Coca-cola. Należało dopasować daty na kapslach do nazw
miejscowości. Wskutek pomyłki (?) maszyn drukujących daty,
zwycięzców było za dużo i mieli nieliche kłopoty z
wyegzekwowaniem nagród.
Polak nie pogardzi nawet grą w trzy karty lub kubki. Na
bazarach kilku osobników nagabuje naiwnych. Pokazują, że można
wygrać pieniądze. Trzeba tylko wskazać, gdzie jest czerwona,
a gdzie czarna karta. Na początku wszystko idzie dobrze. Frajer
nawet wygrywa. Potem prowadzący grę manewruje kartami, jak
iluzjonista. Teraz wciągnięty do "zabawy" nie ma już
szans na odzyskanie swoich pieniędzy - straci wszystkie.
SŁAWOMIR
ŚLUBOWSKI,
MAREK MEJSSNER, ANDRZEJ FĄFARA
Zakładamy
się?
- Jednym z
najnowszych "wynalazków" są zakłady
bukmacherskie. Wedle nowej ustawy o grach hazardowych mogą
je prowadzić także spółki prywatne. Nowelizacja z 1996
roku ustaliła dla nich niezbyt wysoką stawkę podatku - 10
procent. Wydawałoby się więc, że interes może być
bardzo rentowny, ale jednak nie jest. Bukmacherzy wiążą
to z zupełnym brakiem tradycji zakładów w Polsce, gdzie
popularny jest model "założyć się o pół
litra", ale już nie o jakąkolwiek konkretną sumę
pieniędzy. Dla większości Polaków bukmacherzy to tacy,
którzy zajmują się zakładami na torach wyścigów
konnych, a nie normalną działalnością zakładów
wzajemnych. Stąd też wpływy są niskie, a rynek - płytki.
Pomocą dla bukmacherów jest zniesienie zakazu reklamy,
przeprowadzone w nowelizacji ustawy o grach hazardowych, ale
jak sami twierdzą "na skuteczną promocję trzeba w
obecnych czasach mieć olbrzymie pieniądze".
- W Polsce
działa 7 punktów bukmacherskich: w Sopocie, Gdańsku, Wrocławiu,
Warszawie i Łodzi. Zakładami zajmują się trzy spółki,
ale liczą się na rynku tylko dwie - Betaco i Totalizator
Sportowy Profesjonał. Gra się praktycznie o wszystko: o
wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich, i to nie
tylko w Polsce, o wyniki Champions League, mityngów Golden
Four czy hokeja lub tenisa, zarówno męskiego, jak i
kobiecego. Podstawę stanowią jednak wciąż ligi piłkarskie:
polska, hiszpańska, francuska, włoska, niemiecka i
angielska. Zakłady dotyczą też wyścigów chartów i
gonitw konnych odbywających się głównie na torach
angielskich. Transmitowane są one przez telewizje
satelitarną do punktów - kolektur.
- Stawki nie są
wysokie. W Warszawie wynoszą 2,5 lub 10 złotych. We Wrocławiu
- 10 złotych, a na Wybrzeżu - 1-15 złotych. Najwyższa
wygrana wyniosła ponoć 12 tysięcy złotych i padła w
Warszawie.
Czy
to choroba?
- Żadna namiętność,
rozumiana dosłownie, nie jest objawem choroby - mówi doktor
Zenon Waldemar Dudek, psychiatra z Instytutu Psychiatrii i
Neurologii w Warszawie. - Patologiczne emocje i patologiczne
namiętności występują w uzależnieniach
"chemicznych" (narkotyki, leki, nikotyna), a także w
przypadku uzależnień typowo "psychicznych", jakie można
stwierdzić w przypadku gier hazardowych. Istotą "nałogu
hazardowego" jest przymus kontynuowania gry, mimo
racjonalnych argumentów, które powinny skłaniać do
zatrzymania się na rozsądnej wygranej. Osoba, poddająca się
namiętnie grom, jest oszukiwana przez własne pragnienie
sukcesu, w które w danej sytuacji naprawdę wierzy. W kolejnych
grach nie potrafi wyciągnąć wniosku z przegranych, gdyż tym
bardziej potrzebuje rekompensaty i poprawienia opinii o sobie.
Terapeuci muszą walczyć tu z magicznymi, infantylnymi wyobrażeniami
pacjenta, że szczęście i sukces można sobie kupić. Osoby
niedojrzałe i pełne kompleksów często wierzą w łatwy
sukces. Terapia osób uzależnionych od hazardu nie różni się
od pracy z innymi uzależnieniami, które polegają na niedojrzałości
emocjonalnej, wyidealizowanym obrazie siebie, czy infantylnym,
magicznym sposobie zaspakajania swoich potrzeb. Ponieważ uzależnienie
od gier hazardowych dotyka dość często osoby ambitne i
inteligentne, często wystarczy jedna lub kilka rozmów
terapeutycznych, by pacjent uświadomił sobie istotę problemu
i podjął pewne życiowe decyzje.
Miasta
hazardu
Najwięcej miłośników
totka mieszka w województwie warszawskim i ościennych - 13,07
procent. W katowickim i sąsiednich - 12,22 proc. We Wrocławiu
- 9,71 proc. Niewiele mniej - 8,74 proc. - w Poznaniu. Najmniej
- 2,52 procent grających jest w Opolu i Olsztynie - 2,11
procent.
Kto
gra?
Według badań
"Totalizatora Sportowego", stałych graczy jest w
kraju od trzech i pół do czterech milionów. Zazwyczaj są to
ludzie z wykształceniem podstawowym lub zawodowym, robotnicy,
gospodynie domowe. Wiek - około pięćdziesięciu lat. Bardzo
nikły procent graczy stanowią chłopi i... studenci.
Największe
wygrane w Dużego Lotka
- 1 milion 598
tysięcy złotych - 20 grudnia 1997 w kolekturze w Grójcu
- 1 milion 471
tysięcy złotych - 19 marca 1997 w kolekturze nr 15/51 w
Szczecinie
- 1 milion 426
tysięcy złotych - 15 listopada 1997 w kolekturze nr 5/276
w Częstochowie
- 1 milion 168
tysięcy złotych - 17 maja 1997 w kolekturze 7/45 w
Bydgoszczy
Kasyna
wieczorową porą
Kasyna
są wykwitem młodego polskiego kapitalizmu. Zaczęły powstawać
po 1989 roku, a konkretnie - po wejściu w życie ustaw o działalności
gospodarczej i joint ventures, jako spółki z kapitałem
zagranicznym.
Licencje
na otwieranie nowych kasyn były na tyle atrakcyjne, że zaczęło
je wydawać nie tylko Ministerstwo Finansów, ale i podmioty
zupełnie do tego nie uprawnione, jak prezes Agencji do Spraw
Inwestycji Zagranicznych.
Bingo, tworzone według amerykańskiego wzoru, było od początku
istnienia domeną firm polskich, z niewielkim udziałem kapitału
zagranicznego. Salony bingo, nie wymagające takich inwestycji
jak kasyna, powstawały prawie we wszystkich dużych miastach.
Cały ten sektor, dający wtedy spore zyski, w których
partycypowały firmy zagraniczne (Casinos Austria było w 49
procentach udziałowcem Casinos Poland), stał się jednak solą
w oku purystów gospodarczych. W 1992 roku przygotowano nową
ustawę, która nakazywała spłacenie zagranicznych udziałowców
i zlikwidowanie ich udziałów. Goście kasyn mieli być
rejestrowani, a wewnątrz przybytków hazardu planowano
wprowadzenie telewizji przemysłowej dla ich obserwacji.
Wyznaczono też dopuszczalną liczbę kasyn w każdym mieście -
w Warszawie miały pozostać tylko trzy.
- Jesteśmy przeciwnikami obcego kapitału, ponieważ żeruje on
na tym, co zostało tu wypracowane - przekonywał poseł Henryk
Goryszewski.
Podatki, obowiązek szybkiego spłacenia partnerów
zagranicznych, zezwolenia za 50 tysięcy złotych, spadek liczby
odwiedzających spowodowany przymusową rejestracją, sprawiły,
że koszty działania kasyn wzrosły kilkunastokrotnie. Obowiązek
rejestracji gości, zakaz reklamy hazardu i podatki zupełnie
zrujnowały salony bingo. Zostało ich siedem w całej Polsce, z
czego trzy w Warszawie.
Urwanie się strumyczka dochodów do budżetu spowodowało, że
ortodoksyjną ustawę we wrześniu 1996 znowelizowano. Zwiększono
liczbę salonów bingo i kasyn, przypadających na poszczególne
miasta (w Warszawie mogło być już pięć kasyn), a ministra
finansów upoważniono do zwiększania tego limitu w
"szczególnie uzasadnionych przypadkach", ale tylko do
pięciu kasyn i dwudziestu salonów bingo w każdym mieście.
Zniesiono obowiązek legitymowania się paszportem bądź
dowodem osobistym przez gości.
Obecnie na rynku największymi kasynami są: Orbis Casino (7
kasyn, udziałowcy to: Orbis, Finkorp i Zjednoczone Przedsiębiorstwa
Rozrywkowe) oraz Casinos Poland (wszystkie udziały ma spółka
LOT, należy do niej kasyno w Marriocie i kasyna w Krakowie,
Poznaniu i Wrocławiu). W Polsce działa 26 kasyn, czyli połowa
tego, co istniało na początku dekady.
Polacy
w szale hazardu
Bywalec kasyna
to najczęściej mężczyzna (kobiet spotyka się niewiele) między
30 a 45 rokiem życia, bądź po 60-tce. Najczęściej ma własną
firmę lub uprawia wolny zawód. Czasem naleźy do kadry
kierowniczej wielkiego koncernu. Nasi bywalcy nie różnią się
od klientów Monte Carlo czy Las Vegas:
Tylko 20 procent klientów to cudzoziemcy, zwykle goście
hotelu, w którym znajduje się kasyno. Rzecz dziwna, ale to oni
mają więcej szczęścia - największa wygrana w historii
polskich kasyn stała się udziałem młodego obywatela Izraela.
Wyniósł z jednego z warszawskich kasyn 84 tysiące dolarów, a
więc prawie 300 tysięcy złotych
- Zdarzają się jednak wygrane po 200 tysięcy złotych. Moim
zdaniem Polacy mają złe podejście do gry - twierdzi Eligiusz
Kisała, prezes Orbis Casino. - Na Zachodzie to dreszczyk
emocji, rozrywka zamiast niedzielnego obiadu w lepszej
restauracji. A Polak, co dziwne, przychodzi do kasyna wygrać,
czyli zarobić. Denerwuje się mocno, jeśli mu to nie wychodzi
i przegrywa.
Zgodnie z logiką - prócz wygranych, są też przegrani.
Rekordowy pod tym względem był rok 1995, kiedy to kilku
przedsiębiorców straciło w warszawskich kasynach po 400 tysięcy
złotych.
W
bingo graj ze mną
Inaczej jest z
bingo. Tu wygrać można sporo, a przegrać niewiele. Ruch jest
więc duży. Grają zarówno bazarowi biznesmeni, jak i artyści,
urzędnicy, studenci i emeryci. Stawka to złotówka za kupon na
losowanie. Można kupić cztery kupony do jednego ciągnienia.
Rekord, który padł w Warszawie 11 maja 1995 wynosił 995 tysięcy
953 złotych i 11 groszy, czyli prawie 10 miliardów starych złotych.
Wygrał je 34-letni warszawiak, stały bywalec salonu. Była to
wówczas najwyższa wygrana w historii gier losowych w Polsce.
Podobne wygrane zdarzają się raz na dwa lata. Mimo tego, tłum
nie maleje i każdy liczy nie na marne 50 złotych za linię, a
na jedno jedyne bingo, które czeka właśnie na niego
Patologiczny hazard został ostatnio uznany przez Komisję
Europejską za chorobę, taką samą jak alkoholizm. W Polsce
działa już Stowarzyszenie Anonimowych Hazardzistów. Ma ono
ponoć 160 członków, w większości stałych bywalców kasyn,
którzy stracili tam majątek całego życia.
|